Poranna kawa przegoniła resztki snu. Pomyślała, że miała wczoraj dobry dzień. Dzień pełen fizycznej pracy, która tak korzystnie wpływa na jej umysł.

Spojrzała na swoje dłonie. Zawsze wydawały jej się nieco za duże, trochę niezgrabne.

Dziś patrzyła na nie z wdzięcznością. Wiedziała, że wiele potrafią. Koszą trawę, używają narzędzi, rąbią drewno, prowadzą samochód, sprzątają, gotują, a nawet dziergają. Posługują się młotkiem, siekierką, szlifierką, wkrętarką, ale też pincetą, igłą, ołówkiem. I potrafią myśli z głowy przelać na komputerowy dysk…

Mają w sobie tyle delikatności, choć na takie nie wyglądają. Potrafią być czułe, choć same nie zaznały zbyt wielu czułości.

Patrzyła na te dłonie – spracowane, za duże i niezgrabne. I w tym momencie coś w niej zadrgało. Przypomniała sobie, że dłonie te przynosiły ukojenie jej dzieciom. Nieraz ukradkiem ocierały łzy, nie mieszczące się pod powiekami jej oczu… Chowały w swych objęciach jej twarz, gdy smutek stawał się bezbrzeżny…

Kocha ta dłonie.

Pogłaskała je czule.

I zobaczyła w nich tęsknotę… za inną ukochaną dłonią, którą mogłyby trzymać w swych objęciach…